Rejs na s/y "Freya"

Autor: Paweł Beca


Na mój pierwszy rejs morksi wybrałem się razem z kumplem Jankiem, tak samo jak ja debiutantem jeżeli chodzi o Bałtyk. Wyjechaliśmy z Płocka około 5 nad ranem. Zimny pociąg do Kutna (mgła dookoła). Jankowi oczywiście NIE było zimno.

jacht czeka

Jacht czekał w "Górkach Zachodnich" dzielnicy Gdańska, nad Wisłą Martwą. Zjawiliśmy się tam o godzinie 11:00, czyli zgodnie z umową. Poznajemy jacht. Nie przybyliśmy ostatni, ale i tak zostały nam do dyspozycji najmniej komfortowe koje. Pani II oficer, nie dość, że się spóźniła, to widać wcześniej owinęła sobie wokół palca kapitana, gdyż ten trzymał dla niej najlepszą koje :P .

Szybkie przeszkolenie w sprawach najważniejszych, wyznaczenie funkcji i wyjście z portu. Nasz pierwszy cel - basem jachtowy w Gdyni, konkretnie uzupełnienie paliwa. Nieświadomie, zajmujemy miejsce katamaranu kpt. Paszke - "Alkaprim". Naprawiamy nasz błąd, kpt. Paszke OSOBIŚCIE przychodzi i dziękuje. YEAH ! W Gdyni mamy kilka chwil wolnego, wiec z Janem udajemy się w wiadomym kierunku : po polskie piwo. Po tankowaniu (paliwa do jachtu rzecz jasna ;-), Janek z Łazikiem przystępują do tworzenia obiadu, reszta zajmuje się wyjściem z portu. Niestety pogoda nam za mocno nie sprzyja, wieje bardzo słabo. Wieczorem zdycha już totalnie. Wystawiamy światełka mówiące, że nie odpowiadamy za nasze ruchy, zostaje wachta nocna, reszta idzie spać. Kolejny dzień to moja wachta w kambuzie. Rządzimy tam razem z Lutkiem. Pogoda pozwala na obieranie ziemniaków poza dusznym pomieszczeniem rozmiarów budki telefonicznej. Przy sterze Saper. Wiatry sa słabe, ale pozwalające na komfortową żeglugę. Lecimy na północ , do Kalmaru na południowym wybrzeżu Szwecji. Szykujemy z Lutkiem siakieś mazidło z ziemniakami plus dodatki pomysłu Lutka. Muszę tu powiedzieć, że jego kulinarne pomysły podobały mi się najbardziej :) . Za sterem dzielny pan bosman, w swoich zabójczych okularach. Ja od czasu do czasu wyglądam, ale raczej siedze w kambuzie, gdzie ciągle musze czegoś pilnować. Choroby morskiej nie doznaje, nie rzuca tak strasznie. Czasami tylko jakaś fala machnie garnkiem z gotującymi się ziemniakami, poza tym to luz :). Tak spokojnie mijają dwa dni. Wiatry nie przekraczają 3B. Pogoda świetna do wylegiwania się w gumowej Kaczusze.

wylegiwanie się

Nie docieramu do Kalmaru. Decydujemy się na postój na bliższej Olandii. Cumujemy w porcie GreenHogen. Oprocz nas stoi tu tylko jeden jacht, niemiecki. Brak bosmana, za to ubikacje są :) . Następuje pierwsze poważniejsze szantowanie.

szantowanie

Jemy obiad, a potem wybieramy się na spacer. Na wyspie jest mnóstwo ogromnych wiatraków. Część ekipydociera do jakiegoś zamku, a część wraca żeby się przespać/wykąpać/odpocząć. Podziwiamy zachód słońca ( taki, jak w morde strzelił ). Spokojne morze, łabędzie, tarcza słoneczna nisko nad horyzontem. Czekamy aż słoneczko totalnie zniknie i... wyruszamy dalej. Na zachód. Naszym następnym celem jest Karlskrona. Następnego dnia to ja mam wachtę i z przyjemnością przejmuję ster.W okolicach Karlskrony spotykamy coraz więcej jachtów, a także... łodzi podwodnych. Karlskrona to położony za tabunem szkierów szwedzki port wojenny. Kiedyś dostępu do niego broniła masa dział rozmieszczonych na różnych wysepkach w wiekszych i mniejszych twierdzach. Teraz oczywiście te działa są bezużyteczne, nasza Freya z kilkumilimetrowym pancerzem, spokojnie dostaje się do portu. Stajemy tam koło południa i wybieramy się na zwiedzanie miasta. Kościoły, kanały, wąskie uliczki, armaty, duuuży port. Wieczorem uderza mnie cisza panująca w mieście. Jest sierpień, ciepła noc, na ulicach żywego ducha nie ma. Co kraj to obyczaj... Spokojnie pochłaniamy kolacje. Janek dostaje jakiejś choroby i jakoś tak dziwnie się szczerzy. Czy tobie też nie wydaje się to dziwne? Rano wychodzimy z Karlskrony. Mimo, że opłacamy nasz postój w porcie, szwedzka marynarka wysyła za nami w pogoń śmigłowiec (Jan coś musiał nabroić w nocy, jestem tego pewien). Jak już nas namierzyli i zidentyfikowali (pilot aż się przez okno wychylił), to po chwili pojawiła się łódź podwodna. Jan do dziś milczy, także nie wiem czemu nas tak potraktowali :) . Na morzu było bardzo spokojnie. Za spokojnie. Postanowiłem zwiedzić maszt.

Paweł na maszcie

Najpierw kapitan zachęcił mnie poprzez pokaz włażenia po wantach bezana, w kaloszach. Potem ja przywiązany do falu spinakera, zasiadłem w ławeczce bosmańskiej i kazałem sie wynieść do góry. Muszę przyznać, że była to niesamowita frajda. Na pokładzie wydawało się spokojne. Ale tam na górze wachania jachtu były ZNACZNIE bardziej odczuwalne. Tak sobie podyndałem chwilkę, a potem poprosiłem aby mnie opuszczono. Padł projekt, żeby mnie przywiązać i pozostawić na minut kilkadziesiąt, celem spożycia przez resztę załogi obiadu. Na szczęście nie doszło do realizacji tego ABSURDALNEGO pomysłu :) . W pewnej chwili wiatr zdecydownie słabnie. Słońce zaczyna prażyć. Pa-tel-nia. Zrzucamy żagle, wodujemy Kaczuchę i wyskakujemy do Bałtyku.

kąpiel w bałtyku

Woda była średnio ciepła ;). Wiatr wiał słabiutki bardzo. Naszej pancernej Freyi nie ruszył, ale Kaczucha osiągała znaczne prędkości. W końcu znudziło nam się, poza tym przyszła mgła, a w niedalekiej od nas odległości dało się słyszeć odgłos silników. Zapakowaliśmy się na jacht i obstawiliśmy swoje stanowiska. Dopłyneliśmy do Bornholmu. Konkretnie zawineliśmy do Svaneke, na wschodnim brzegu wyspy. Wejście do tego portu było moim zdaniem bardzo ciekawe. Stałem wtedy na dziobie i zajmowałem się cumami. W momencie mijania główek portu zrobiło mi się lekko ciepło. Im bliżej brzegu, tym fale robiły się coraz wyższe. Wejście nie było za szerokie, a nami rzucało trochę na boki. Za sterem stał Malini, który oczywiście bezpiecznie wprowadził nas do portu. Na miejscu piwko i spacer do "główek". Ciemno, chlapie, wiatr, fala i w ogóle bania. To myśmy stąd przypłyneli? Faaaaaaaaaajnie. Następnego dnia najedliśmy się w wędzarni ryb, zwiedziliśmy kilka ładnych miejsc, a potem wykonaliśmy skok na Christianso, wysepkę leżącą na północny wschód od Bornholmu. Ta mała wyspa była kiedyś jedną sporych rozmiarów twierdzą. Wzdłuż całego brzegu ciągną się mury obronne, a w najbardziej strategicznych miejscach rozstawione są działa. W tym samym czasie w Christianso stoi żaglowiec. To wszystko wraz z wiekową architekturą sprawia, że na wyspie panuje wyjątkowy klimat. Ale z innej beczki: zwiedzamy sobie z Janem wyspe, aż tu nagle natrafiamy na trampolinę wystającą z budki zbudowanej na murach. Z zainteresowaniem zwiedzamy "budowlę". Pojawia się jakiś tubylec. Bez zastanowienia, praktycznie w biegu rozbiera się całkowicie, kilka sekund i już skacze z trampoliny. "Idziemy po ręczniki" , taki był nasz komentarz. Później ja wymiękłem uznając, że TO NIE JEST temperatura wody, która mi pasuje. Jan oczywiście się wykąpał, ale on to by się wykąpał chetnie na biegunie, mors jeden. Wychodzimy z portu, przy okazji popełniamy błąd i dzięki nam inny polski jacht zostaje na środku basenu portowego z cumami w wodzie i bez jakiegokolwiek napędu, sterowności. Kapitan sobie nas objeżdża przez tubę. Ja to mam w ogóle jakiegoś pecha do tego portu :), ale o tym gdzie indziej. Ruszamy do Ystad, czyli znowu do Szwecji. Na miejscu zamówiona zostaje sauna z której korzysta większość załogi. Ystad to bardzo ruchliwy port. Ciągle wchodzą i wychodzą stamtąd wielkie statki pasażerskie. Mijal nas taki jeden wieczorem, kiedy już wychodziliśmy do Świnoujścia. Przepływał bardzo blisko nas, a cała zgraja turystów pstrykała nam zdjęcia. Tej nocy mieliśmy spotkanie z Pogorią. Nasz kapitan okazał się być znajomym oficerów na tym żaglowcu, przez radio ustalili miejsce spotkania i pognaliśmy tam na silniku. Na nogach cała nasza załoga. Wszyscy wypatrują świateł nawigacyjnych żaglowca. Wreszcie pojawia się. Już widać sylwetke. Już widać żagle... Noc, księżyc, Pogoria pod pełnymi żaglami 20 m obok nas. Kto chociaż raz był na morzu, albo miał cokolwiek wspólnego z żeglarstwem rozumie jakiej ekstazy wtedy doznaliśmy. Na kilka minut włączyli jeszcze światła, które podświetliły ich żagle. KAPITALNY widok. Niestety nam czas był już do Świnoujścia, a Pogoria podążała do Gdyni. Następnego dnia wiało nam od rufy jednostajnym bardzo słabym wiatrem. Postawiliśmy spinakera. Nigdy wcześniej nie pływałem na spinakerze. Bardzo ciekawe uczucie szczególnie za sterem. Kiedy poczujesz powiew wiatru na plecach, możesz być pewien, że po paru chwilach łódka silnie skoczy do przodu. Na pokładzie wyleguje się cała załoga. Montuje sobie kilka linek i wieszam się na noku bomu. Suuuuper uczucie. Dopływamy do Polski, konkretnie stajemy w małym porcie rybackim , Dziwnowie. Odprawa graniczna, kąpiel i ruszamy do Świnoujścia. Na miejscu orientujemy się, że nasz docelowy port nie istnieje ( taki myk ). Zatrzymujemy się gdzie indziej iiiiiiiiiii zaczynają się przygotowania do balu kapitańskiego :)). Poznajemy się z załogą innego tego samego typu co "Freya" jachtu. Kapitan poznaje głównie żeńską część załogi, hie hie. Impreza zaczyna się u nas na pokładzie. Kapitan korzystając ze swoich notatek wygłasza przemówienie, podsumowując rejs i oceniając każdego członka załogi. Potem zaczyna się uczta. Robi się coraz weselej, aż w końcu lądujemy na trawce zaraz obok naszego jachtu. Bierzemy gitary, złazi się coraz wiecej ludzi. Zabawa trwa...to tyle na temat zabawy. Rano...jest mniej fajnie. Trzeba jacht posprzatać, przygotować na przybycie następnej załogi. Słoneczko praży, organizm "wspomina" wczorajszą imprezę, kambuz do umycia, grilla trzeba wyszorować, itd. Potem składamy bagaże, pożegnanie z Malinim, Wojtkiem Czerwińskim ( to całe zamieszanie to jego organizacja :-) ), jeszcze tylko prom na stacje PKP i nasza przygoda kończy się. Każdy odjechał w swoją stronę.

Ten rejs był moim pierwszym kontaktem z morzem. Strasznie mi się podobało: trafiłem na super ludzi. Pogoda też była łaskawa. Zobaczyłem jak wygląda niebo na morzu i ogólnie czym się to wszystko je. Nie wiedziałem jeszcze, że zmienie kiedyś zdanie o naszym spokojnym, miłym Bałtyku...

Wstecz | Główna

MyStat.pl